wtorek, 4 sierpnia 2026

Nordkista — szczyt, który nie istniał

Kistefjellet (widok od północy)
Pomysł na tę wyprawę zrodził się w sierpniu ubiegłego roku podczas wędrówki starą drogą meszną, prowadzącą zachodnimi stokami masywu Kistefjellet z Finnsnes do kościoła w Bjorelvnes (gmina Senja, ale na kontynencie). Natrafiłem wówczas na tajemnicze niebieskie znaki, prowadzące w górę, w kierunku północnego wierzchołka o charakterystycznym kształcie. Nie mogłem odnaleźć tego szlaku na żadnej mapie; dopiero potem odkryłem, że niebieski kolor używany jest w ramach konkurencji turystycznej Ti på topp. Postanowiłem, że kiedyś sprawdzę, dokąd prowadzi. Wyprawę poprzedziła solidna kwerenda źródłowa i wywiad środowiskowy. Okazało się, że północne pasmo nosi nazwę Nordheia (655 m), ponad którą wznosi się Nordkista. W oczach miejscowych Nordheia ("heia" oznacza wyżynę lub wrzosowisko) uchodzi za odrębny szczyt, natomiast Nordkista uważana jest za północny wierzchołek Kistefjellet. Tak naprawdę żadne z północnych wzniesień nie jest samodzielną górą — oba nie spełniają bowiem kryterium prominencji. W międzyczasie zdobyłem w zimowych warunkach szczyt Kistefjellet od południa (1003 m) i powtórzyłem dwukrotnie przejście ścieżką kościelną, rozpoznając teren. Wreszcie w połowie maja (konkretniej — w wigilię Dnia Konstytucji) nadeszła odpowiednia chwila!

Zaczynam z parkingu przy moście przez rzekę Bjorelvę. Początek trasy pokrywa się z drogą meszną — prowadzi przez las, a następnie stromym stokiem; liczne, wezbrane roztopami strumienie zamieniają teren w grzęzawisko. Odnajduję niebieskie znaki i ruszam w górę. 


W górę!

Po dotarciu na kamienistą wyżynę (nie rośnie tu nic poza trawami, mchami itp.) szukam najwyższego punktu, który według aplikacji Norgeskart (mapa z nawigacją GPS) wypada na jakimś głazie. Jego wysokość to ~662 m, a więc o kilka metrów więcej niż na papierowej mapie. Mogę chyba uznać, że zdobyłem Nordheię. Stąd dobrze widać mój cel.

Nordkista kształtem przypomina firankę

W wyższych partiach wciąż zalega śnieg i nie mam pewności, czy w tych warunkach możliwe będzie dotarcie na Nordkistę. Pogoda jest wspaniała, postanawiam zatem kontynuować. Okrążam zamarznięte jezioro, pokonuję rozległe pole śnieżne i pnę się coraz wyżej. Niebieskie znaki znikły mi z oczu już jakiś czas temu — zapewne znajdowały się na głazach przykrytych śniegiem. 

Wiatr zawiewa ślady...

Teren podnosi się coraz bardziej, a w pewnym momencie wycieczka przeradza się we wspinaczkę skałkową. Poruszam się praktycznie w pionie, kijki trekkingowe zaczynają mi przeszkadzać. Nagle trzy spłoszone mewy przelatują mi nad głową! Nie wykonuję nerwowych ruchów, upadek w tym terenie mógłby mieć katastrofalne konsekwencje. Przed kolejną skałką mam już poważne wątpliwości, czy szlak biegnie na pewno tędy. Postanawiam zawrócić, zejście tyłem jest trudne, ale po chwili staję u podnóża skały. Następnie trawersuję po stromym zaśnieżonym zboczu. Prawdopodobnie nie jest to zbyt mądre, ponieważ nie wiem, jak głęboki jest śnieg, a kąt nachylenia jest spory, ale w trakcie poprzednich wypraw nabrałem doświadczenia w pokonywaniu takich miejsc. Po drugiej stronie odnajduję niebieski znak! Wstępują we mnie nowe siły i ostro zasuwam pod górę w skalistym terenie.

Widok z Nordkisty na wschód

Północny wierzchołek to podcięte urwiskiem plateau. Wszystko tu jest jeszcze przykryte śniegiem. Dopiero teraz ubieram rakiety śnieżne (tzw. trugery), które w połączeniu z kijkami zdecydowanie ułatwiają poruszanie się w takim terenie. Nie zapadam się, ale nie mam pewności, czy pod zwałami śniegu znajduje się skała, czy też otchłań, w którą zaraz runę wraz z nawisem śnieżnym. Dlatego poruszam się powoli, z telefonem w łapie, śledząc swoją pozycję niemalże krok po kroku. Docieram na wysokość 928 m — wyżej już się nie da, zaraz obok znajduję relikty kamiennego kopczyka. Nie ma żadnej tabliczki, księgi wejść itp. Widoki są fenomenalne, a byłyby na pewno jeszcze lepsze, gdybym tylko zbliżył się do krawędzi...

Niewielki kopczyk wyznacza umowny "szczyt"

Moją konsternację budzi fakt, że według mapy topograficznej Nordkista znajduje się kawałek dalej. Faktycznie widać tam jeszcze jedną kulminację. Czy to osobny wierzchołek? A może toponim jest bardziej pojemny i określa cały ten obszar? Na wszelki wypadek idę tam. Zaczyna robić się wąsko, ale staram się iść środkiem i po chwili docieram na miejsce. Jestem teraz na wysokości 921 m.

Nordkista (921 albo 928 m n.p.m.)

Odwracam się — tak, bezimienny punkt 928 z kopczykiem położony jest wyraźnie wyżej. Zapewne właśnie tam kończył się szlak Ti på topp. Po prawej stronie dostrzegam nawisy śnieżne. Czyli dobrze zrobiłem, nie podchodząc zbyt blisko krawędzi...

Północny wierzchołek (928), nawisy śnieżne z prawej

Kontynuuję jeszcze chwilę zboczem w dół, aż staję na skraju przepaści. Tu i tam spod śniegu wystaje jakiś głaz lub rude trawy. Wieża na szczycie Kistefjellet wydaje się na wyciągnięcie dłoni. Oba wierzchołki łączy grań. Z wiedzy operacyjnej wiem, że przejście granią jest możliwe. Widziałem ją zresztą z drugiej strony przy okazji zdobycia prawdziwego szczytu. Jednak tego dnia nie mam zamiaru więcej ryzykować.

Widok na grań — stosunkowo krótki, ale urwisty odcinek

Jest dość późno, ale w północnej Norwegii dni w maju są już bardzo długie. Słońce zaczyna zachodzić, a ja zmierzam ku zachodowi, przed moimi oczami rozgrywa się więc niesamowity spektakl światła, cieni, chmur, mgieł i śniegu niesionego przez wiatr. Wracam częściowo po swoich śladach (dosłownie), a częściowo po prawidłowym szlaku (z drugiej strony lepiej widać znaki).

Widok z zachodnich zboczy w kierunku Senji

Szybko wytracam wysokość, a moją uwagę przykuwa pewien szczegół i zmierzam w tamtym kierunku. To kolejny kopczyk. Wygląda jak posąg jakiegoś zapomnianego pogańskiego boga. Być może tu właśnie mieści się symboliczny "szczyt" Nordhei? Wysokość się mniej więcej zgadza. Podchodzę bliżej i staję na chwilę. Nagle ogarnia mnie mgła — widoczność drastycznie spada, nawet światło zachodzącego słońca rozmywa się i znika; robi się też bardzo zimno. Mgła na kurhanach — myślę. Ruszam czym prędzej, ale wkładam rękawiczki na zgrabiałe dłonie, przez co nie wyciągam telefonu przez jakiś czas. A ponieważ "we mgle wszystko jest do siebie podobne" (jak mówił Królik w Chatce Puchatka), gubię się, aż dochodzę na skraj urwiska. Gdyby mgła była gęstsza, mógłbym skręcić kark, ale koryguję położenie i docieram do drogi mesznej.

Tajemniczy kopiec

Zamiast wszakże wracać po swoich śladach, postanawiam sprawdzić, dokąd prowadzi niebieski szlak. W świetle zachodzącego słońca przemierzam podmokły teren porośnięty karłowatą roślinnością, gdy wyrasta przede mną kolejne skaliste wzniesienie. Zdobywam je bez trudu. Według tabliczki to Rismålstuva; wpisuję się do zeszytu i spędzam tu dłuższą chwilę, patrząc, jak słońce tonie w morzu mgły. Nigdy nie widziałem takiego nieba jak tutaj. Zejście z pagóra jest zaskakująco strome. Ścieżynka prowadzi przez las, łącząc się z drogą leśną; to już znajomy widok, bo wiele szlaków w polskich górach właśnie tak wygląda. Jest już dobrze po północy, gdy docieram do cywilizacji, tzn. na asfalt, skąd zgarnia mnie samochód.

Zachód słońca

Była to bez wątpienia jedna z moich najlepszych wypraw w północnej Norwegii. Trwała ok. 11 godzin. Wędrowałem samotnie i przez cały ten czas nikogo nie spotkałem. Szlak ten jest niemal nieznany i mało uczęszczany nawet przez miejscowych, np. w tegorocznej edycji Ti på topp go nie uwzględniono. Być może był jednak zbyt trudny? Wszyscy pchają się w bardziej rozpoznawalne, "ikoniczne" miejsca. Czasem przygoda czeka tuż za progiem.

Wariant wzorcowy (źródło mapy: Norgeskart, oprac. własne)


9 komentarzy:

  1. Niesamowite, że przez 11h nikogo nie spotkałeś!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niesamowite byłoby raczej, gdybym kogoś tam spotkał :P

      W sumie większość wycieczek tutaj tak wyglądała. Na tych bardziej znanych szlakach przy dobrej pogodzie faktycznie można spotkać więcej osób (tzn. kilka spotkań przez cały dzień). Nawet nie wiem, do czego to porównać - chyba tylko do moich wypraw w Tatry jesienią 2016 i 2017 przy fatalnej prognozie :D

      Usuń
    2. To to jest piekne. Ja w czerwcu tego roku przeszlam caly szlak w obie strony na szczyt Lovundfjellet na wyspie Lovund i rowniez nie spotkalam ani jednej osoby w zasiegu wzroku (tj jakies 8-9h wedrowki po dosc wymagajacym szlaku)

      Usuń
    3. Piękne, ale też może byc uznane za nieco ryzykowne :P ja jednak lubię to uczucie, że jestem zdany sam na siebie. Wyspy Lovund nie znałem, z opisu brzmi bardzo dobrze - postaram się tam kiedyś wybrać. Dzięki za komentarz.

      Usuń
  2. Opowieść kojarząca się nieco z dawnymi przygodami Arna, które rozegraliśmy parę lat temu.

    A możesz przybliżyć na czym polega Ti på topp?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest to konkurencja turystyczna, organizowana przez towarzystwo sportowe, mająca na celu promowanie rekreacji na świeżym powietrzu wśród miejscowych. Co roku publikowana jest nowa lista punktów kontrolnych (choć na pewno się powtarzają), rozrzuconych na terenie całej gminy. Punkty można zaliczać w dowolnej kolejności. Zaliczenie polega na zameldowaniu się w aplikacji na telefonie po dotarciu na miejsce, ale można też spisać podany na tabliczce kod i potem zarejestrować wejście na kompie. Szlaki są znakowane niebieskim kolorem, można również śledzić swój progres w apce, więc z nawigacją nie powinno być problemów. Letnia konkurencja trwa od czerwca do września, np. w tym roku jest 48 PK (była też zimowa, ale się nie załapałem). Poziom trudności jest zróżnicowany - od łatwych spacerów (leśną drogą, wzdłuż wybrzeża do starej latarni morskiej, do wiatki na bagnach itp.), poprzez średniozaawansowane wycieczki na wzgórza i pomniejsze góry, do prawdziwych górskich wyryp w wymagającym terenie. Dla każdego coś miłego, dzięki czemu uczestniczy wielu seniorów, rodzin z dziećmi itd. Wystarczy zdobyć 7 punktów, aby otrzymać pamiątkowy kubek :D Udział za symboliczną opłatą (w tym roku 199 NOK).

      Usuń
  3. Co to jest "droga meszna"? Nie spotkałem się wcześniej z takim określeniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga, którą dawniej chodzono do kościoła. W tym przypadku to 13,6 km w jedną stronę!

      Usuń
    2. Niezły kawałek do przejścia! 🙂

      Usuń