wtorek, 27 października 2026

Przygody Helgi Hauer [sesje 1–10]

Helga Hauer (źródło: ChatGPT)
Przedstawiam z dawna oczekiwany raport z kampanii, która wystartowała równo rok temu, 27 października 2025 roku. Zakończyła się natomiast 25 kwietnia 2026 roku. W ciągu pół roku (z przerwami) rozegraliśmy 21 sesji, z czego tylko 7 odbyło się online. Przyznaję, że spisanie przygód tytułowej Helgi trochę mi zajęło, ale dużo się działo przez ten ostatni rok. Żałuję, że nie spisywałem na bieżąco choćby krótkich podsumowań. Mam tylko rękopiśmienny wykaz sesji i trochę notatek. Niestety, wiele szczegółów umknęło z pamięci.

Było to wprowadzenie nowej graczki w hobby. Kampania zarazem wpisała się w szerszy trend — mój powrót do pierwszej edycji Warhammer Fantasy Roleplay po blisko dekadzie. W tym samym czasie reanimowałem bowiem moją mega-kampanię z lat 2013-2016. Nie wykluczam zresztą, że wszystkie te przygody dzieją się w jednej linii czasowej.

Jak wyszło? Myślę, że nadspodziewanie dobrze! Nie zawahałem się przed określeniem graczki "erpegowym odkryciem roku". Poradziła sobie bardzo dobrze. Siłą rzeczy podeszła do sprawy na świeżo, nie powielając utartych schematów. Skupiła się na wspólnym tkaniu opowieści, zostawiając mnie kwestie mechaniczne. Odnalazła się też w świecie gry, mimo że nie znała jak dotąd uniwersum WFRP.

Raport podzieliłem na dwie części. Dodałem trochę uwag Okiem Sędziego. Charakterystykę postaci zamieszczę na końcu.

środa, 30 września 2026

Raport miesięczny #9 [sesje 46–54]

Ziemie Jałowe [źródło mapy]
Wróciłem! Kampania od razu nabrała rozmachu i odrobiliśmy minione miesiące. Chciałbym do końca roku zamknąć kampanię na zasadach Draftu. Na razie na liczniku 91 sesji, moim celem jest okrągła setka. Znowu rozsypała się nam drużyna, jednak nie mam zamiaru zwalniać. Dlatego większość sesji odbyła się w trybie 1:1, gdzie gracz obejmował dowodzenie nad całą drużyną. Stąd też zapewne pewien brak ciągłości w eksploracji. Trup ściele się gęsto. Takiego przemiału postaci sobie nie przypominam od czasu kampanii Pustkowie Piktów. "Nic to" — jak mawiał pułkownik Wołodyjowski, ponieważ "D&D characters die frequently" — jak mawiał z kolei Frank Mentzer. Bohaterowie nie mają lekkiego życia, bowiem na ich drodze postawiłem potwory z gry planszowej MONSTRUM. Nie wytłukli wszystkich podczas poprzedniej kampanii, a szkoda, żeby się zmarnowały, nieprawdaż? Oprócz gry śp. Jacka Ciesielskiego pobrzmiewają tu echa Le Morte d'Arthur, serii Fallout i Mad Max, Odysei i He-mana, a toponimia i onomastyka sugeruje wpływy słowiańskie i skandynawskie. Czyli klasycznie pomieszanie z poplątaniem :)

poniedziałek, 21 września 2026

Galeria Bohaterów – drużyna #3

Trzecia kampania rozpoczęła się i zakończyła najpóźniej. Dobiliśmy do 33 sesji (przypominam: w pierwszej kampanii do 21, w drugiej do 51). W kampanii uczestniczyło 4 graczy. Pod koniec prowadziłem tej samej ekipie naprzemiennie z OD&D i przyznam, że byłem już wówczas bardzo zmęczony Młotkiem. Dlatego też dążyłem do jakiegoś finału i nie oszczędzałem bohaterów. To z kolei tłumaczy wysoką śmiertelność postaci graczy, sięgającą ~88% (drużyna #1: 33,33%, drużyna #2: 26,67%). Zrezygnowałem z polityki potępienia pamięci, dzięki czemu przetrwały wszystkie karty postaci. Jednocześnie rozpocząłem archiwizację przygód. O ile z pierwszej kampanii zachował się tylko wykaz rozegranych sesji, z drugiej — skrótowe podsumowanie, o tyle z trzeciej mam już pełny raport, spisany po zakończeniu na podstawie wcześniejszych notatek. Podczas zbierania materiałów odkryłem archiwum rozmów z dawno nieużywanego komunikatora, gdzie relacjonowałem przebieg sesji innemu koledze (nawiasem mówiąc, członkowi drużyny #2). Lektura tych rozmów (prowadzonych często "na gorąco") po upływie dekady była ciekawym doświadczeniem, pokazującym, jak bardzo zmienił się mój sposób prowadzenia. Były one jednak bezcenne, bo masa szczegółów umknęła z pamięci. Bez wątpienia w utrwalaniu nie pomagały hektolitry wypitego podczas sesji alkoholu.

Były to w sumie klasyczne przygody. Część scenariuszy powtórzyła się, choć często z pewnymi zmianami (głównie w zakresie lokalizacji i imiennictwa). Czasem jednak z lenistwa używałem tych samych elementów, co po latach pozwala połączyć kropki (np. w ten sposób ród von Calahas pojawił się w trzech kampaniach). Oczywiście, wówczas tego nie planowałem, zakładając, że przygody dzieją się w światach równoległych. Graliśmy w miarę zgodnie z zasadami, ale im dalej, tym pojawiło się więcej house rules, rodem przede wszystkim z Basic Role-Playing, którym się wówczas zaczytywałem. 

Teoretycznie ten skład miał predyspozycje do rozegrania kampanii najlepszej pod względem merytorycznym. Przy stole zasiadło kilku historyków, ekonomistów, zagorzałych fantastów, gamerów i erpegowców; jeden z graczy był rekonstruktorem. Ewentualne warhammerowe braki łataliśmy kalkami z Sienkiewicza, Sapkowskiego i zyskującego wówczas popularność Martina. Jednak w praktyce to nie pomagało, wręcz przeciwnie. Zapamiętałem, że dość dużo się kłóciliśmy. A jak byłem w bractwie rycerskim... Erudycja szkodzi! Ale znowu — alkohol na pewno nie pomagał. Pierwotnie miałem zamiar napisać trochę więcej na temat niektórych osób. Myślę, że byłoby to poniekąd zabawne. Po przemyśleniu sprawy (i konsultacji z jednym z graczy) postanowiłem wszakże ograniczyć personalne uwagi do absolutnego minimum, skupiając się na opisie wydarzeń, do których doszło podczas sesji.

poniedziałek, 7 września 2026

Langdalsryggen — góra o tysiącu twarzy

Widok na Osterfjorden
W górnej części niezwykle malowniczej doliny Kaperdalen, pomiędzy jeziorami Bumannsvatnet a Langdalsvatnet, wznosi się niewielki grzbiet górski. W powszechnej świadomości funkcjonuje on jako Langdalsryggen. Taki toponim znajdziemy na mapach topograficznych, w kalendarzach turystycznych, a także na drogowskazie na początku szlaku. Tymczasem na ustawionej w rejonie szczytu tabliczce widnieją aż trzy zupełnie różne nazwy: Langdalsryggen, Bumannsheia oraz Dazzavarri. Skandynawowie powiadają, że ukochane dziecko ma wiele imion. Które z nich jest tym prawdziwym?

wtorek, 1 września 2026

Raport miesięczny #6–8 [sesje 42–45]

Właściwie jest to raport kwartalny (jak na giełdzie). W czerwcu, lipcu i sierpniu poprowadziłem tylko cztery sesje. To duży spadek, więc nie ma się czym chwalić. Ale też nic dziwnego — cała para poszła w zwiedzanie północnej Norwegii. Dobrej pogody tam jak na lekarstwo i szkoda mi było spędzać czas przed komputerem, zwłaszcza że trochę pięknych wieczorów i tak wypadło przez Mundial. Raport z kampanii Arktyczne Lato ukaże się wkrótce. Mam nadzieję, że wraz z nadejściem jesieni sesji będzie coraz więcej. Z pozytywów — zakończyliśmy kampanię na planszy MONSTRUM [tym samym w mega-kampanii na zasadach Draftu dobiliśmy do 82 sesji].

niedziela, 30 sierpnia 2026

Wszystko za Fagerfjellet

Fagerfjellet (widok od wschodu)
Pasmo Fagerfjellet położone jest w kontynentalnej Norwegii, pomiędzy masywami Kistefjellet i Vassbruna. Kształtem przypomina odwróconą literę L. Liczy niecałe 10 km długości w linii prostej; całe pasmo to zaś ~15 km. Administracyjnie przynależy do gmin Senja (w większości) i Målselv. Granica między gminami przebiega wzdłuż południowego szczytu na wysokości ~884 m n.p.m.; wydaje się zresztą, że najwyższy punkt leży już po stronie Målselv. Miejscowa tradycja wyodrębnia cztery szczyty (topper) w grani głównej, idąc od północy: Jordslettinden (587 m), Elveskartinden vel Elveskardstinden (822 m), Blåtinden (872 m, P185) oraz Sørtinden (884 m, P614). Tylko dwa ostatnie to pełnoprawne szczyty, spełniające kryterium prominencji; o zamieszaniu panującym w nazewnictwie i pomiarach wysokości będzie jeszcze mowa.

Fagerfjellet nie jest popularnym celem wędrówek, pozostając nieco na uboczu. W kalendarzach wycieczek (turkalender) Midt-Troms friluftsråd z lat 2012 i 2013 znajdziemy wzmianki o organizowanych wyprawach ze wsi Tårnelv na szczyt Fagerfjell (872 m); przypuszczalnie nie zdobywano wówczas południowego szczytu. Szlak uchodził za średniozaawansowany, oznaczono go bowiem niebieskim kolorem. Natrafiłem na jeden tylko opis przejścia całego masywu (w 2023). W dniu 17 sierpnia br. postanowiłem powtórzyć ten wyczyn. O tym, jak niepozorna wycieczka zamieniła się w wymagającą przeprawę, dowiecie się z lektury tego sprawozdania.

wtorek, 4 sierpnia 2026

Nordkista — szczyt, który nie istniał

Kistefjellet (widok od północy)
Pomysł na tę wyprawę zrodził się w sierpniu ubiegłego roku podczas wędrówki starą drogą meszną, prowadzącą zachodnimi stokami masywu Kistefjellet z Finnsnes do kościoła w Bjorelvnes (gmina Senja, ale na kontynencie). Natrafiłem wówczas na tajemnicze niebieskie znaki, prowadzące w górę, w kierunku północnego wierzchołka o charakterystycznym kształcie. Nie mogłem odnaleźć tego szlaku na żadnej mapie; dopiero potem odkryłem, że niebieski kolor używany jest w ramach konkurencji turystycznej Ti på topp. Postanowiłem, że kiedyś sprawdzę, dokąd prowadzi. Wyprawę poprzedziła solidna kwerenda źródłowa i wywiad środowiskowy. Okazało się, że północne pasmo nosi nazwę Nordheia (655 m), ponad którą wznosi się Nordkista. W oczach miejscowych Nordheia ("heia" oznacza wyżynę lub wrzosowisko) uchodzi za odrębny szczyt, natomiast Nordkista uważana jest za północny wierzchołek Kistefjellet. Tak naprawdę żadne z północnych wzniesień nie jest samodzielną górą — oba nie spełniają bowiem kryterium prominencji. W międzyczasie zdobyłem w zimowych warunkach szczyt Kistefjellet od południa (1003 m) i powtórzyłem dwukrotnie przejście ścieżką kościelną, rozpoznając teren. Wreszcie w połowie maja (konkretniej — w wigilię Dnia Konstytucji) nadeszła odpowiednia chwila!