niedziela, 30 sierpnia 2026

Wszystko za Fagerfjellet

Fagerfjellet (widok od wschodu)
Pasmo Fagerfjellet położone jest w kontynentalnej Norwegii, pomiędzy masywami Kistefjellet i Vassbruna. Kształtem przypomina odwróconą literę L. Liczy niecałe 10 km długości w linii prostej; całe pasmo to zaś ~15 km. Administracyjnie przynależy do gmin Senja (w większości) i Målselv. Granica między gminami przebiega wzdłuż południowego szczytu na wysokości ~884 m n.p.m.; wydaje się zresztą, że najwyższy punkt leży już po stronie Målselv. Miejscowa tradycja wyodrębnia cztery szczyty (topper) w grani głównej, idąc od północy: Jordslettinden (587 m), Elveskartinden vel Elveskardstinden (822 m), Blåtinden (872 m, P185) oraz Sørtinden (884 m, P614). Tylko dwa ostatnie to pełnoprawne szczyty, spełniające kryterium prominencji; o zamieszaniu panującym w nazewnictwie i pomiarach wysokości będzie jeszcze mowa.

Fagerfjellet nie jest popularnym celem wędrówek, pozostając nieco na uboczu. W kalendarzach wycieczek (turkalender) Midt-Troms friluftsråd z lat 2012 i 2013 znajdziemy wzmianki o organizowanych wyprawach ze wsi Tårnelv na szczyt Fagerfjell (872 m); przypuszczalnie nie zdobywano wówczas południowego szczytu. Szlak uchodził za średniozaawansowany, oznaczono go bowiem niebieskim kolorem. Natrafiłem na jeden tylko opis przejścia całego masywu (w 2023). W dniu 17 sierpnia br. postanowiłem powtórzyć ten wyczyn. O tym, jak niepozorna wycieczka zamieniła się w wymagającą przeprawę, dowiecie się z lektury tego sprawozdania.

Zacznijmy od tego, że choć do przejścia Fagerfjellet przymierzałem się od dłuższego czasu, decyzja o wyjeździe zapadła spontanicznie. Było już dobrze po południu, gdy wyruszyłem w drogę. Dzień polarny już się skończył i trudno było się przestawić. Było dość brzydko i mglisto. Z samochodu obserwowałem tonącą w chmurach górę, byłem jednak dobrej myśli, bo prognoza nie przewidywała opadu deszczu.

Przygoda rozpoczęła się w Tårnelv. Desant nastąpił przed mostem przez rzekę Tarnelva. Zgodnie z informacjami z kalendarza, wejście na szlak znajduje się przy gospodarstwie należącym do pewnego polityka, który przed laty pełnił urząd burmistrza nieistniejącej już gminy Lenvik (obecnie część wielkiej gminy Senja). Korzystając z tzw. Allemannsretten, przeszedłem przez siedlisko. Dostrzegłem krzątającego się w obejściu faceta, postanowiłem zatem przywitać się i uprzejmie zapytać o drogę. Był to ex-burmistrz we własnej osobie (sprawdziłem wcześniej, jak wygląda). Bez problemu wyraził zgodę na przejście; szlak zresztą faktycznie zaczynał się zaraz obok.
Miłe złego początki...


Ruszyłem drogą gruntową. Za tabliczką skręciłem w prawo i ruszyłem pod górę na przełaj przez las. Po chwili dotarłem do ścieżki i podążyłem nią. Był to znakowany szlak. Na skrzyżowaniu w kształcie litery Y skręciłem w lewo. Ścieżka raz po raz gubiła się w krzakach, teren był bardzo podmokły po ostatnich deszczach i buty zaczęły przepuszczać (nawiasem mówiąc, nie polecam butów z zamszu i nubuku — nie przetrwały zderzenia z arktyczną tundrą). Las się skończył i przez chwilę widziałem jezioro Rossfjordvatnet, ale po chwili osiągnąłem wysokość 400 m i zanurzyłem się w mgle.
Mgła na kurhanach

Zrobiło się zimniej i zaczęło padać, przywdziałem więc pelerynę z kapturem. Padało z różnym natężeniem już do samego końca wycieczki. Pokonywałem kolejne piętra, aż znalazłem się na płaskowyżu usianym licznymi pagórkami i głazami narzutowymi. Na jednym z nich odkryłem kotwę do pomiaru wysokości. Potwierdziłem z aplikacją Norgeskart, że znajduję się na wysokości 587 m. We mgle przed sobą dostrzegłem jakieś wzniesienie. Poszedłem tam i wdrapałem się na kolejne głazy. W tamtym momencie jeszcze nie wiedziałem, ale zdobyłem właśnie Jordslettinden (618 m). Nie było tam żadnego kopczyka, tabliczki, kotwy etc., poprzednie tabliczki (ustawione wszakże dużo niżej) mówiły o Elveskarstinden.
Jordslettinden (618, nie 587!)

Zszedłem stromym stokiem w lewo i przeciąłem zamgloną równię Jordsletta. Dotarłem do izolowanego, bezimiennego wzniesienia i wdrapałem się na nie (616 m). Przyznam, że sam dołożyłem sobie problemów. Mianowicie, trasę ułożyłem w oparciu o mapę papierową w skali 1:25 000, na której Jordslettinden w ogóle nie ma. Stąd moje zboczenie z grani, które okazało się zupełnie niepotrzebne i kosztowało mnie trochę sił i czasu. Dopiero po podkręceniu skali widać, gdzie jest prawdziwy wierzchołek. Jednak w tamtych warunkach ograniczyłem korzystanie z telefonu do minimum, aby oszczędzać baterię i uniknąć jego zalania. W ogóle starałem się zbytnio nie zatrzymywać.
Slalomem przez Jordslettinden i Jordsletta (źródło mapy: Norgeskart)

Wróciłem na grań, odkryłem wydeptaną ścieżkę i rozpocząłem mozolny marsz w górę. Teren stawał się coraz bardziej kamienisty. Przypuszczam, że przy normalnej pogodzie jest to rzeczywiście przyjemna wędrówka, dla średniozaawansowanych głównie z racji przewyższenia i dystansu. Jednak ja zacząłem już odczuwać znużenie. W butach chlupotało, rękawiczki przemokły — wcisnąłem zgrabiałe dłonie do kieszeni. Minąłem jakąś kulminację z kopczykiem kamieni, prawdopodobnie był to wierzchołek Elveskartinden (według Norgeskart 820.3 m). Mam wrażenie, że widziałem gdzieś tam czerwony znak. Wytraciłem trochę wysokości; grań skręcała tu w prawo i we mgle musiałem zachować ostrożność, żeby nie zboczyć z kursu. Następnie dalej w górę. Po kilkunastu minutach dostrzegłem wybitność z nieco większym kopcem. Po prawej stronie wzniesienie kończyło się urwiskiem — jeden nierozważny krok w gęstniejącej mgle (widoczność nie przekraczała 30 m) mógłby mieć tragiczne konsekwencje.

Blåtinden (872)

Za kopcem grań zrobiła się wąska, musiałem ostrożnie stąpać po mokrych skałach. Gdy znowu zacząłem tracić wysokość, na wszelki wypadek sprawdziłem swoją pozycję — okazało się, że przed chwilą zdobyłem północny wierzchołek Fagerfjellet, czyli Blåtinden. To świetnie, czekało mnie jednak kolejne wyzwanie, a mianowicie rumowisko skalne. Zacząłem schodzić, ale wyglądało to naprawdę niebezpiecznie, głazy były mokre i śliskie; próbowałem jeszcze trawersować do innego miejsca, ale skończyło się na powrocie po swoich śladach (z wykorzystaniem rąk). Zorientowałem się, że zboczyłem za daleko na wschód. Zszedłem zatem łagodniejszym zboczem i dotarłem na przełęcz, zdobywając jeszcze bezimienny wierzchołek o wysokości 691 m. 
Rumowisko! Tracisz 1 turę

Ścieżka pojawiała się i znikała wśród skał. Grunt był rozmiękły od nieustającego deszczu. Nie znalazłem żadnych znaków ani śladów, tylko poroże renifera. Równie dobrze więc ścieżkę mogły wydeptać właśnie one. Wiedziałem, że do szczytu mam jeszcze ~1,5 km i ~200 m pod górę. Chyba nie muszę mówić, że gorzko żałowałem swojej decyzji o wymarszu. Miałem świadomość, że przede mną jeszcze kawał drogi, a czas goni, ale w tej sytuacji nie widziałem już innej możliwości, jak tylko kontynuować wędrówkę w górę. Drugiej szansy mogło już nie być.

Ruszyłem. Piąłem się w górę, starając się wchodzić na każdą wybitność terenu, tu i tam zresztą ktoś usypał kamienne kopczyki. Prawdziwy szczyt mógł się znajdować w zasadzie wszędzie, a ja paranoicznie nie chciałem go przegapić.

KRÓLIK: To dziwne, ale we mgle wszystko jest do siebie podobne... Czy zauważyłeś to Puchatku?
PUCHATEK: Zauważyłem...
KRÓLIK: A ty Prosiaczku?
PROSIACZEK: Ja już nic w ogóle nie zauważam!

Były to jednak fałszywe kulminacje i przedwierzchołki. Teren ciągle się wznosił. Nie zapamiętałem jakichś szczególnie niebezpiecznych odcinków z tego etapu wędrówki. Tym razem starałem się już przytomniej obserwować otoczenie, żeby nie powtórzyć numeru z rumowiskiem. Wreszcie spostrzegłem kopiec!
Sørtinden (884)

Wstąpiły we mnie nowe siły i szybko tam dotarłem. Była godzina 18:30, co oznaczało, że wędrowałem już pięć godzin. Zatknąłem znalezione poroże na kopcu. Drewniany słupek z tabliczką był przewrócony. Przycupnąłem w skalnym załomie, żeby się posilić i napić. Zrobiłem kilka zdjęć i odkryłem, że telefon bardzo prędko traci baterię: z 37% zrobiło się nagle 19%, a po chwili 10%. Próbowałem podłączyć powerbank, a tu niespodzianka — wykryto ciecz, ładowanie niemożliwe. Ekran był do tego stopnia zalany, że nie mogłem nawet napisać wiadomości. Przyznam, że w tym momencie nieco się zaniepokoiłem. Byłem już przemoczony i zziębnięty, do zmierzchu zostało raptem 3 godziny, a ja jeszcze musiałem wrócić.

Kopiec na szczycie Fagerfjellet 

Postanowiłem nie zwlekać ani chwili i puściłem się prawie że biegiem w dół, starając się wybierać jak najmniej strome zbocza. Nie widziałem żadnej ścieżki, a w trosce o baterię nie mogłem zbyt często sprawdzać położenia. Kierowałem się na południowy zachód. Bardzo szybko wytracałem wysokość, ale zniosło mnie na zachód i znalazłem się w zabagnionej dolinie na wysokości 600+, skąd biją źródła rzeki Trollelva. To przedziwne miejsce — dolinę otaczają wzniesienia zwieńczone kamiennymi kopcami. Nieprzyjemne skojarzenia z kurhanami nasuwały się niejako same. Zdobyłem jedno z tych wzniesień, żeby rozejrzeć się po okolicy, jednak bez efektu (to kamień do ogródka dla tych, którzy w RPG starają się w ten sposób uniknąć zagubienia w dziczy). Przykładowo we mgle nie widziałem jeziora Holmevatnet, na które miałem zamiar się kierować. Zauważcie, że wciąż tliła się we mnie nadzieja na przejście pełnej trasy, w razie zapadnięcia zmroku miałem przecież czołówkę.
Zejście ze szczytu Fagerfjellet (źródło mapy: Norgeskart)


Ruszyłem na południowy zachód. Tu natrafiłem wreszcie na jakąś ścieżkę i poszedłem nią, ale odkryłem, że znosi mnie za bardzo w kierunku południowym. Nie mogłem znaleźć jednak nic, co prowadziłoby na zachód. Niespecjalnie miałem ochotę przedzierać się przez kolejne bagniste doliny i pagórki, nie wiedząc, który jest tym właściwym. Nadchodziła noc, a ja byłem już naprawdę zmęczony. Wiedziałem, że jestem zdany na własne siły — przez cały ten czas nie spotkałem absolutnie nikogo. Ponieważ wykonałem zadanie specjalne (czyli zdobycie obu szczytów), postanowiłem skrócić trasę. Ścieżka szybko przeszła w drogę gruntową i po chwili wszedłem między drzewa. Droga prowadziła obok chatki (hytta). Velkommen! — głosi inskrypcja na zawieszonej nad drzwiami tabliczce. To niestety gówno prawda, hytta była zamknięta na cztery spusty. Nie byłem aż tak zdesperowany, żeby się włamywać. Przycupnąłem na werandzie, próbując załadować telefon, ten jednak wciąż był zbyt mokry. Zacząłem się telepać, więc pomaszerowałem raźnym krokiem w dół. W lesie było już nieco cieplej, mgła się rozwiała i widziałem już przed sobą morze. Minąłem gospodarstwa i o godzinie 20:20 wyszedłem na drodze krajowej nr 855 w miejscowości Blomli. Stąd zawezwałem na pomoc kawalerię i czekałem na jej przybycie na przystanku autobusowym, zawinięty w folię NRC, którą zawsze warto mieć w swoim ekwipunku. Minęło mnie wiele samochodów, ale nikt nie zainteresował się moim losem! Pomoc nadeszła bardzo prędko i po chwili już siedziałem w ciepłym samochodzie. W domu czekał gorący prysznic i micha parującej strawy.
Fagerfjellet (źródło: Norgeskart)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz