 |
| Skredfloget Vest |
Skredfloget Vest (879 albo 882 m n.p.m.) to góra praktycznie nieznana. Niesłusznie, jest to bowiem jedna z ośmiu "prawdziwych" gór na Senji (prominencja 612 m). W serwisie Peakbook widnieje tylko jedna, zdawkowa recenzja, napisana przez jakiegoś Ottona. Na mapach nie ma żadnego szlaku. Prognoza pogody dla innych szczytów z mojej listy jest kiepska, zatem szybko podejmuję decyzję — wyruszam na Skredfloget Zachodni!
Maszeruję utwardzaną drogą — wygląda na starą, ale zapewne liczy nie więcej niż kilkadziesiąt lat (nie ma jej na mapie topograficznej z 1952). Tu i tam widzę niebieskie znaki Ti på topp, wyglądają jednak na dawno nieodświeżane. Droga prowadzi do ujęcia wody, które wygląda jak wejście do podziemi. Tu również kończy się szlak. Nie byłoby to nic dziwnego, niektóre z nich są bardzo krótkie.
Żadnej ścieżki nie widać. No trudno — zasuwam na przełaj stokiem, przewyższenie jak w Beskidzie Wyspowym, do tego masa krzaków, omszałych głazów i skrywających dziury w ziemi paproci. Grzeję się i jestem umęczony już na samym początku — nie ma chuja, żebym tędy wracał. Nagle przecinam ścieżynkę oznaczoną niebieskim kolorkiem, choć mocno już zarośniętą i prawie już niewidoczną. Czyli coś jednak było. Pnę się w górę, aż docieram do kolejnego wejścia do podziemi. Stąd blisko już na przełęcz. Rzut oka na jezioro i fiord, a następnie za radą Ottona (o ile dobrze go zrozumiałem...) atakuję szczyt od południa.
 |
| Wejście do podziemi |
Od razu robi się bardzo stromo, idę po jakichś trawach, coraz więcej kamieni i wielkich głazów, które wyznaczają mi punkty orientacyjne, zresztą dobrze widzę wierzchołki i grań. Włażę coraz wyżej szybkim tempem, trochę zaczyna mnie odcinać — jestem cały mokry, pot zalewa oczy, muszę zrobić sobie przerwę. Patrzę w górę — kurde, gdzieś mi zginął szczyt, a miałem się kierować na niego. Według mapy jestem już naprawdę blisko. Rozglądam się — ach, jest przede mną, tylko coś bardziej po lewej, no ale miał to być w końcu zachodni wierzchołek, czyli wszystko się zgadza. Muszę tylko trawersować po rozległym rumowisku skalnym.
 |
| Rumowisko na południowym zboczu |
Nieciekawie to wygląda — średnio co trzeci kamień jest ruchomy, są szczeliny, tu i tam dostrzegam świeże osuwiska; pewnie często schodzą tu lawiny kamieni. Mam wątpliwości, ale odpędzam czarne myśli. Docieram wreszcie na grań i jestem już naprawdę blisko, gdy odwracam się i widzę co? Prawdziwy szczyt, tylko oczywiście daleko.
 |
| Widok na grań i szczyt |
Co się stało? Ano, byłem już bardzo blisko, kiedy szczyt znikł mi z oczu, zasłonięty nierównością terenu; omyłkowo wziąłem inny wierzchołek za szczyt. Masakra, nie mam już siły wracać się rumowiskiem. Olewam fałszywy szczyt, zawracam i zapierdalam granią; po lewej stronie duży spadek, ale nie mam czasu się tym przejmować. Przede mną wyrastają turnie, ale na wszelki wypadek obchodzę je z prawej, co też proste nie jest. Nie jest moją ambicją zdobycie każdej bezimiennej skały. Wracam na grań, jeszcze chwila i już jestem blisko, gdy na ostatnim odcinku walę kolanem w głaz. Chwilowe zaćmienie z bólu, ale nie tracę równowagi.
 |
| Z bliska nie wygląda tak spektakularnie |
Szczyt to trawiasta półeczka z turnią o charakterystycznym kształcie. Trochę mało tu miejsca, ale gramolę się na turnię. Flaga wbita! Widoki są fenomenalne, ale nie mam za wiele czasu, błąd nawigacyjny sporo mnie kosztował. Znad morza nadciągają chmury, pogoda wyraźnie się psuje. Wsuwam kanapkę i ruszam z powrotem. Przez jakiś czas rozważałem kontynuację wędrówki granią, zdobycie góry Tolan i powrót inną drogą, ale warunki atmosferyczne weryfikują plany.
 |
| Panorama ze szczytu Skredfloget (879 m) |
Odkrywam coś na kształt ścieżynki w dół, która prędko urywa się na rumowisku. Nawiguję na wspomniane wielkie głazy. Długo mi schodzi na zejście, bo kolana już płoną po kilku dniach wędrówek. W rejonie przełęczy podejmuję brzemienną w skutkach decyzję. Może by nie wracać po swoich śladach, tylko skrócić trawiastym żlebem?
 |
| Sekretne znaki — starożytnych gumisiów |
Początkowo idzie dobrze, szybko wytracam wysokość, ale dalej są bardzo strome płyty. Próba zejścia tędy byłaby szaleństwem. Obchodzę po kamienistych i trawiastych zboczach żlebu, gdzie ma miejsce najbardziej niebezpieczne tego dnia zdarzenie — zaliczam poślizgnięcie na mokrej trawie, ale szczęśliwie udaje się wyhamować. Przeklinam swoją decyzję, ale powrót nie ma sensu. Zaczyna padać, gdy wreszcie schodzę kamienistym potokiem, przedzieram się przez krzaki i jestem pod pierwszym wodociągiem. Oczywiście, na kamieniu za paprociami znajduje znak
Ti på topp ze strzałką w górę...
 |
| Trasa wzorcowa (źródło mapy: Norgeskart, oprac. własne) |
Wspaniała przygoda. I jest też z niej nauka dla gabinetowego badacza dziczy (czyli przeciętnego gracza D&D), że nawigowanie w terenie nie jest łatwe nawet jeśli masz do dyspozycji dobrodziejstwa współczesnej technologii. I nie wystarczy się wdrapać na drzewo, żeby zaraz poznać całą okolicę. 33% szansa na zagubienie w górach wskazana w vol. III jest aż zbyt łaskawa.
OdpowiedzUsuńOtóż to. Starałem się przedstawić proces od decyzji do konsekwencji. Duży wpływ miało zmęczenie (to był czwarty dzień z rzędu) i obawa o pogodę (zresztą zupełnie słuszna - gdybym zamarudził, deszcz dopadłby mnie dużo wcześniej). Stąd rozkojarzenie i pośpiech, przez co nie dość dobrze odczytałem swoją pozycję na mapie. Co do technologii zaznaczę, że nie mam mądrego zegarka, bazowałem na aplikacji w telefonie, którego nie chciało mi się raz po raz wyciągać. Z papierową mapą też bym pewnie dotarł, w końcu z poziomu grani gołym okiem było widać, który z wierzchołków jest najwyższy, tylko zajęłoby mi to odpowiednio więcej czasu.
UsuńPrzeniesienie wszystkich tych mikrodecyzji i ich skutków do RPG nie zdałoby raczej egzaminu. W hexcrawlu załatwiamy to rzutem kostką i jednym zdaniem opisu.