wtorek, 21 lipca 2026

Tylko dla orłów — wyprawa na Steinskarfjellet

Åkollen/Steinskaret/Steinskarfjellet
Chwilowa przerwa od erpegów. Obecnie uczestniczę w nieco innej kampanii, w której to ja jestem śmiałkiem eksplorującym mapę. Nie napotkałem wprawdzie smoków, ryboludzi ani wielkich krabów, natomiast miałem przyjemność zetknąć się z łosiem, reniferami i delfinami. Rzecz dzieje się na tajemniczej wyspie Senja w północnej Norwegii. Wczoraj (20.07.2026) odbyłem bardzo przyjemną wędrówkę na lokalny szczyt w ramach konkurencji turystycznej Ti på topp. Zapraszam do lektury raportu z tej wyprawy.

Ruszam przez las wzdłuż rzeki, a następnie skalistym grzbietem z urokliwymi widokami po obu stronach. Po 2 godzinach jestem na miejscu. Na górze (596 m) jest kopczyk kamieni z punktem kontrolnym, no i niby tu koniec szlaku. Jednak z wiedzy operacyjnej wiem, że da się iść dalej grzbietem na najwyższy szczyt w okolicy — Steinskarfjellet. Przy okazji jest to 1 z 8 gór na wyspie o wybitności przekraczającej 600 m n.p.m. Pogoda jest wyśmienita, więc co szkodzi spróbować? Szybko docieram na kolejny wierzchołek grzbietu (606 m). Dłuższą chwilę obserwuję podejście — wydaje się bardzo strome i kamieniste. I tu mam pierwsze wątpliwości, gdy wtem odkrywam relikty szlaku wytyczonego przez starożytne gumisie*, czyli zapewne w dawnych czasach punkt kontrolny ustawiony był dużo dalej. Mozolnie pnę się w górę, momentami po piargach, momentami po trawkach, ścieżynka gubi się, ale są znaki na skałach, trzeba tu i tam używać rąk. Pomału zaczynam już odczuwać zmęczenie, ale nagle widzę powyżej kolejny kopiec — już na grani.
Starożytny kopiec gumisiów

Coś blisko, ale widocznie to już tutaj, więc ostatni zryw i jestem na miejscu. Biję sobie brawo, że jestem na szczycie... AKURAT! To dopiero początek grani — gołym okiem widać, ze dalej jest wyżej. Patrzę na mapę — no tak, prawdziwy szczyt jest jeszcze daleko. Nie ma tu już żadnych znaków, widocznie starożytne gumisie nie chciały, żeby ktoś szedł dalej, skacząc tam i siam. Mimo wszystko ruszam granią, po lewej stronie przepaść, po prawej stromy kamienisty stok. Robi się chłodno i trochę wieje, trzeba uważać, ale poza tym całkiem dobrze się idzie.
Widok na grań i turnie

Docieram do przepaści, muszę zejść na prawo. No dobra, obchodzę jakąś bezimienną turnię, kolejna przełączka i pionowa ściana kolejnej turni. Doznaję olśnienia — to jest to, co przez cały czas brałem za szczyt! Lukam na mapę — niestety do szczytu jeszcze kawał drogi. Zaczynam się martwić, że zabrnąłem już tak daleko, a tu nie będzie szczytowania. Nagle leci orzeł, obserwuję go z zachwytem i myślę sobie — tylko dla orłów! Skoro tak, to trzeba dalej próbować. Jednak po pionowej ścianie nie odważę się wspinać, trawersuję zatem po płytach prawym zboczem i szukam dogodnego miejsca, żeby wrócić na grań. Dwukrotnie wspinam się kominami i dwukrotnie jestem zmuszony zawrócić. Wreszcie trzeci komin okazuje się strzałem w dziesiątkę i jestem z powrotem na grani. Maszeruję dziarsko prosto na szczyt, mijając jeszcze jedną fałszywą kulminację, grań robi się tu wyraźnie przyjaźniejsza.
Ostatnia prosta na szczyt

Patrzę w prawo — rumowisko skalne, dużo gruzu, omszałych głazów i zdradzieckich trawek; jeszcze zalega tam śnieg, dużo cienia, więc pewnie mokro. No tak, dobrze zrobiłem, idąc granią, nikt normalny by tamtędy nie poszedł. Nagle widzę niebieski kolorek — smerfastycznie, czyli jednak był tu szlak. Idę już prosto na THE szczyt (811 m), gdzie jest dużo miejsca i można odpocząć, ciesząc się fantastycznymi widokami. Ze wszystkich stron góry, morze i jeziora, urokliwe wioseczki, sekretne plaże dostępne tylko z morza #polishboy #lovemylife #wgorachjestwszystkocokocham itp. brednie.
Panorama ze szczytu Steinskarfjellet (811 m n.p.m.)

W powrocie mam mocne postanowienie, aby pójść granią jak najdalej, bo może jest jakiś sposób na ominięcie trudności. W pewnym momencie znika niebieski kolor, ale nie przejmuję się tym, dochodzę do turni i wspomnianej pionowej ściany. No i dupa, bo muszę zawrócić. Postanawiam znaleźć szlak, w końcu starożytne gumisie wiedziały lepiej, prawda? Mija kilka tur, nareszcie udaje mi się test przeszukiwania i znajduję sekretne przejście! Zgadnijcie, którędy prowadził szlak? Oczywiście, obchodził grań, prowadząc po tym jebanym rumowisku i trawkach. No nic, idę tam, bo już jestem naprawdę zmęczony. Może to jednak nie jest takie złe? Owszem jest — najgorszy kawałek, potrzaskane kamienie ciągle wyjeżdżają mi spod nóg, ślizgam się na mokrych trawkach, a przecież ciągle jest tu stromo i wszędzie sterczą ostre głazy, stąd mój wniosek, że lepiej byłoby się jednak nie wyjebać. W końcu docieram w rejon fałszywego szczytu (kopca gumisiów) i wracam po swoich śladach. Bez dalszych przygód, popisów kaskaderskich, bez gumisiowego soku — za to z punkcikiem do Ti på topp.

Trasa wzorcowa (oprac. własne, źródło mapy: Norgeskart)



* starożytne gumisie — określenie wprowadzone przez Tomasza z Keipena, oznacza starszych uczestników konkurencji Ti på topp pochodzenia norweskiego, którzy w przeszłości oznaczali szlak

3 komentarze:

  1. Trochę mnie martwi, że poprowadził Cię orzeł, a nie kruk - czyżbyś jakimś innym bogom zaczął ofiary tam składać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko się zgadza, Odyn wykradł olbrzymom Miód Skaldów właśnie pod postacią orła :)

      Usuń
  2. Cieszę się że po drodze nie wywinąłeś orła - Adam

    OdpowiedzUsuń